Kliknij Donalda!
Zdaje się, że pierwszy raz, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego przypadła mi do gustu i jest zgodna z tym, co sam myślę. Bynajmniej, nie w części, w której mówi o internecie w kontekście pornoli i piwka, ale w obawach o jakość i świadomość wyboru dokonanego przez internautów. Ci, którzy do tej pory głosowali, nie przestaną nagle chodzić do urn, natomiast Ci, którzy uwielbiają jezzy akcje, owszem, zaczną... klikać.
Czym w końcu różni się klikanie w sondzie internetowej od kliknięcia na gębę Jarka, czy Donalda na stronie z białym orłem (względnie, wysłania e-maila)? Poziomu skupienia przy tej czynności nikt nie zagwarantuje. Przy urnie również nie ma pewności, ale tu już pojawia się element wysiłku, bo trzeba wyjść z domu. W czasie drogi wielu dopiero myśli, na kogo głosować, wielu zmienia zdanie. W komisji wyborczej trzeba złożyć podpis, a w około znajdują się ludzie, którzy przyszli w tym samym celu. Ma to w sobie jakąś powagę, podniosłość.
Z powyższymi tezami można polemizować, bo oczywiście są subiektywne. Jest jeszcze jeszcze coś - bezpieczeństwo.
Zagłosuję za pomocą komputera, jeśli zaniosę go do komisji wyborczej i własnoręcznie podepnę kablem do urny. Łatwo wyobrazić sobie nadużycia, jakie mogą zostać popełnione. Niekoniecznie przez służby specjalne, czy polityków. Wystarczą hakierzy-dowcipnisie, którzy będą się chcieli sprawdzić. To nie jest scenariusz s-f - to się może wydarzyć. Kolejna sprawa z tym związana, to tajność głosowania. Skąd wiem, że za trzydzieści lat nie będę miał teczki wyszczególniającej moje wybory? Nie, nie przesadzam. Zobaczcie czym już dzisiaj się gra - teczkami z głębokiego PRL (a bo Zdzisiek powiedział SB-kowi, że Henia nie lubi Bieruta).
Nie ma dzisiaj sposobu na zabezpieczenie sieci tak, aby myśleć poważnie o tego typu głosowaniu. Kto uważa inaczej, ten po prostu jest naiwny albo szalony.
Ot, taka mała obrona słów prezesa PIS z punktu widzenia obywatela-programisty.
Czym w końcu różni się klikanie w sondzie internetowej od kliknięcia na gębę Jarka, czy Donalda na stronie z białym orłem (względnie, wysłania e-maila)? Poziomu skupienia przy tej czynności nikt nie zagwarantuje. Przy urnie również nie ma pewności, ale tu już pojawia się element wysiłku, bo trzeba wyjść z domu. W czasie drogi wielu dopiero myśli, na kogo głosować, wielu zmienia zdanie. W komisji wyborczej trzeba złożyć podpis, a w około znajdują się ludzie, którzy przyszli w tym samym celu. Ma to w sobie jakąś powagę, podniosłość.
Z powyższymi tezami można polemizować, bo oczywiście są subiektywne. Jest jeszcze jeszcze coś - bezpieczeństwo.
Zagłosuję za pomocą komputera, jeśli zaniosę go do komisji wyborczej i własnoręcznie podepnę kablem do urny. Łatwo wyobrazić sobie nadużycia, jakie mogą zostać popełnione. Niekoniecznie przez służby specjalne, czy polityków. Wystarczą hakierzy-dowcipnisie, którzy będą się chcieli sprawdzić. To nie jest scenariusz s-f - to się może wydarzyć. Kolejna sprawa z tym związana, to tajność głosowania. Skąd wiem, że za trzydzieści lat nie będę miał teczki wyszczególniającej moje wybory? Nie, nie przesadzam. Zobaczcie czym już dzisiaj się gra - teczkami z głębokiego PRL (a bo Zdzisiek powiedział SB-kowi, że Henia nie lubi Bieruta).
Nie ma dzisiaj sposobu na zabezpieczenie sieci tak, aby myśleć poważnie o tego typu głosowaniu. Kto uważa inaczej, ten po prostu jest naiwny albo szalony.
Ot, taka mała obrona słów prezesa PIS z punktu widzenia obywatela-programisty.


Jeśli chodzi o zabezpieczenia i tajność głosowania byłbym nieco ostrożniejszy w wydawaniu sądów. Chociaż w Polsce pewnie i tak przetarg na system wygrałaby firma której prezesem jest kuzyn... [ itd. ] i rezultat byłby opłakany.